Jak naprawić szkołę
Wydawałoby się, że szkoła jest systemem tak błędnym i tak zepsutym, że uratować go może tylko likwidacja i budowa od początku.
Dopiero niedawno olśniło mnie, jak można przeobrazić go w stronę stanu idealnego i tym samym polepszyć sytuację ludzi, którzy w różnych powodów (praca obojga rodziców itp.) nie mogą sobie pozwolić na edukację domową. Sama zresztą edukacja domowa jest niestety silnie skażona szkolnym systemem – wbrew wszelkim zapewnieniom wyrasta z niego – więc naprawienie go przełoży się na naprawienie jej samej.
(Zakładam oczywiście, że optymalnym rozwiązaniem byłaby likwidacja obowiązku szkolnego, ale jestem zbyt cyniczny, by uwierzyć, że ludzie na odpowiednich stanowiskach będą dostatecznie inteligentni i odważni, aby to zrobić.)
Popatrzmy, co tak naprawdę napędza szkolne szaleństwo. Oceny.
Dążenie do najlepszych ocen ze wszystkiego, w imię „edukacji ogólnej”. Biada tym, którzy chcieliby się wyspecjalizować – zostaną napiętnowani jako nie dopasowujący się do totalitarnej równości. Ba, żeby jeszcze ta specjalizacja istniała w obrębie założonego przez system zakresu. Wówczas przynajmniej ktoś „jest dobry z (tu wpisać przedmiot)”. A przecież to tylko mały wycinek ludzkiej wiedzy.
Sama specjalizacja zresztą pozwoliła wyjść ludzkości z systemu zbieracko – łowieckiego i zbudować cywilizację. Jest niemalże stara jak świat, była praktykowana od wynalezienia rolnictwa. I nagle, jakiś czas temu, z niejasnych przyczyn zaczęto od niej odchodzić. Szkoła opóźnia jej nabycie. Najlepsze lata na naukę fachu zostają zmarnowane.
Dobra, pewnie to wszystko już wiecie, ale nigdy nie zaszkodzi mała powtórka.
Wracając do ocen.
Wyobraźmy sobie, że zostają zlikwidowane. Nagle wyścig szczurów traci rację bytu. Nie ma ocen. Można zdać albo nie zdać. Nie ma do czego się ścigać.
Nagle uczniowie i ich rodzice zaczynają zadawać sobie pytania. Do czego służy system edukacyjny, jeśli nie do nakręcania coraz większego wysiłku w imię… no właśnie, w imię czego? Te oceny to tak naprawdę nic nie znaczące cyferki! Niby określają stopień nauczenia się danego przedmiotu. Ale jeśli uczeń naprawdę będzie się tym przedmiotem interesować, to żadne oceny nie będą go obchodziły. Po prostu wykorzysta okazję, jaką zapewnił system, by dowiedzieć się czegoś ciekawego na tyle, na ile będzie mu na tym zależało.
Nagle specjalizacja zostanie uwolniona. Nagle wszyscy się obudzą. Zapragną systemu nastawionego na indywidualne potrzeby i samodzielność ucznia ze wspomaganiem nauczyciela. Zapragną szkoły dla uczniów, a nie uczniów dla szkoły. A kiedy pragną czegoś wszyscy, to wywierany nacisk jest zbyt duży, żeby to coś się nie stało. System nie może wygrać ze wszystkimi, bo jest to po prostu logiczną niemożliwością.
Kto wie, może niesłusznie zakładałem, że likwidacja obowiązku szkolnego jest niemożliwa. W wyniku rewolucji – jest. Ale wskutek ewolucji, zapoczątkowanej przez jeden krok, jakim jest usunięcie ocen…
